V Atelier Jazz Festival Gniezno, wrzesień 2011

altBiała kartka, jako żywo, przypomina ducha i straszy pustką, chociaż wokoło żywego ducha nie widać. Jesień za oknem, a mnie nawiedzają wspomnienia późnego lata. A w tych wspomnieniach… znowu duch! Ściślej rzecz biorąc – hulaj dusza Ludwiki Mąke, znanej gnieźnieńskiej fotografki, której Atelier funkcjonowało z powodzeniem w latach 1897-1917 przy Tumskiej, pod piątką. Czyli na Domstrasse 5.

.

 

„Jazz Pod Piątką” to nazwa znana świetnie chyba wszystkim miłośnikom jazzu w Polsce. Taką bowiem nazwę nosił przez wiele lat festiwal, organizowany przez Ewę i Kamila Kamyszków. Festiwal ciepły, rodzinny i wspominany z sentymentem zarówno przez wykonawców, jak i słuchaczy. Smutno się zrobiło, gdy na parę lat zniknął z mapy jazzowej Polski. Dobre duchy czuwają jednak nad sztuką wysokich lotów i tak, początkiem września 2011, festiwal pod nową nazwą i w nowych, odrestaurowanych wnętrzach czterogwiazdkowego Hotelu Atelier ruszył pełną parą po czteroletniej przerwie. Na początku trochę się obawiałam, że się nie uda i nigdy nie zacznie… Wszyscy bowiem tak się witali, jakby się rzeczywiście cztery lata nie widzieli, uściski, okrzyki, opowieści przy kawie zdawały się nie mieć końca, a było to dopiero wstępem do głośnego aplauzu, jakim powitany został Jan Ptaszyn Wróblewski z żoną. Nestor polskiej muzyki improwizowanej zgodził się wystąpić w podwójnej roli konferansjera i muzyka, co nadało wydarzeniu rangę światową jeszcze przed startem. Zacznę od końca: nie było słabego punktu w programie. Poziom muzyczny i organizacyjny był usiany gwiazdami jak niebo. Zamówiono nawet pełnię księżyca, a w dzień – pogodę jak dzwon i dźwięk dzwonu gnieźnieńskiej katedry, pieczętujący słowa Jana Ptaszyna „festiwal uważam za zamknięty”, dokładnie o godzinie 00.00. Dwa plenerowe, kilkuczęściowe koncerty zostały osnute wokół benefisu artystycznego Marka Raduli, niepowtarzalnego gitarzysty, mistrza wielu gatunków, którego talent stał się swoistym kluczem doboru wykonawców. Słuchacze (wśród których niżej podpisana) odbyli podróż muzyczną od nowoorleańskiego dixie, przez fusion, jazzrocka, bluesa, aż do jazzowego środka. alt
Do rzeczy.

Pierwszy wieczór rozpoczęła parada Dixie Company z Wielkopolski zwanej Pyrlandią, wprowadzając na scenę nieocenionego gawędziarza – Jana Ptaszyna Wróblewskiego. Kondycja Jazzu w Polsce, jego sytuacja ekonomiczna w kontrze do prawdziwego urodzaju młodych talentów, to tematy, z którymi kazał nam się zmierzyć mówca zanim usłyszeliśmy pierwszy koncert. Jazz tradycyjny
w najbardziej czystym wydaniu zaprezentowany przez Dixie Company i żywy aplauz ze strony słuchaczy, poddał w wątpliwość twierdzenie, że to gatunek wymierający. Ptaszyn ubolewał, że wszędzie na festiwalach słychać obecnie bluesa lub rocka, które zwane są, nie wiedzieć dlaczego, jazzem. Jednak „Alexander’s Ragtime Band”, „Just blues”, „Dada strain”, ragtime z filmu „Vabank”, piekielne miauczenie Wojciecha Warszawskiego w Kociej Piosence, czyli „Tiger Rag”, covery Acker Bilka, czy Jelly Roll Mortona i inne utwory, okraszone humorystycznymi przypowiastkami lidera DC, przekonały publiczność, że ten festiwal jest prawdziwym jazzem już od pierwszych minut. „Bar wzięty!” zakrzyknął Jan Ptaszyn, sienkiewiczowską frazą zapraszając na popas. I ja tam byłam… a potraw i trunków wyboru nie ośmielę się nawet wymieniać, bo papier jest towarem deficytowym. Koncert po przerwie rozpoczął, witany owacjami, jubilat - Marek Raduli z zespołem Pi-eR2 z Wojtkiem Pilichowskim i Tomkiem Łosowskim (następcą Grzegorza Kuligowskiego z poprzedniego składu) w muzycznej aurze między kosmosem a trzecim światem. Nastrojowe intro nie zapowiadało burzy instrumentalnej i rytmicznej, która rozpętała się po pierwszych taktach. Bajkowe, arabskie solówki, międzygatunkowe zabawy od jazzu do rocka i z powrotem, masywny dźwięk basu w opozycji do delikatnych, gitarowych przebiegników po gryfie. Pilichowski aż oblizywał palce ze smakiem. Pewnie z krwi broczącej. Inni basiści mają inne sposoby. Etienne Mbappe na przykład gra w rękawiczkach… Muzycy to gadżeciarze. Czerwone buty Marka na pedaltrain2 przyciągały wzrok wszystkich kobiet, budząc też zazdrość większości zgromadzonych mężczyzn. Polifoniczne zakończenie inspirowane bachowską toccatą i fugą d-moll miało uspokoić rozentuzjazmowaną publiczność, ale rockowo-jazzowe bisy i pulsujące rytmy, a także dialog Pilichowskiego ze słuchaczami podtrzymał nastrój euforii. Akustyczne wyciszenie płynnie wprowadziło nas w nastrój radosnego oczekiwania na Krzysztofa Ścierańskiego, pędzącego na koncert prosto z węgierskiej trasy. Muzyczna Republika Demokratyczna „The Colors” bez lidera, ale pod wodzą Krzysztofa Ścierańskiego, z wiercącym się i podskakującym z radości Bernardem Maseli, którego energia nie opuszcza chyba nigdy, Przemysławem Kuczyńskim i… Markiem Raduli, który pozostał na scenie po poprzednim występie, została zapowiedziana przez Ścierańskiego po węgiersku z refleksją „wciąż chyba jadę”. „Nostalgia”, „Afrykański Blues”, „Pustynna Burza” i już wiemy w jakich klimatach przebiegał kolorowy występ. Na zakończenie - epitafium „Żegnaj Kuba” dla Andrzeja Kuby Florka, nieżyjącego uczestnika poprzednich edycji festiwalu. Tyle pamiętam. O świcie zbudził mnie Carillion. Miałam nieodparte wrażenie, że jestem w Padwie.pl…

„Ja bym tak nie klaskał, bo to jazz jest. Improwizacja. Nigdy nie wiadomo, czy wyjdzie…” tonował głośny zachwyt publiczności Jan Ptaszyn. Wieczór drugi to bowiem mistrzowski popis Jego Kwartetu w doborowym towarzystwie braci Niedzielów, z Marcinem Jahrem na perkusji. „Full wypas” zapowiedział Ptaszyn i w tym momencie dzwon gnieźnieńskiej Archikatedry zabrzmiał w charakterze gongu, obwieszczając kolejne prezentacje solo – sax, piano, bas, perkusja. W stylu Hippie „Watch your hips” popłynęła słowno-muzyczna opowieść o wizycie Nancy Wilson na sopockim festiwalu, gdzie musiała się zmierzyć z akompaniamentem radiowej orkiestry tanecznej. Następnie jazzowa ballada pisana z myślą o „najlepszym kumplu”, czyli wnuczce lidera -„Jakie chcesz mieć dzisiaj sny”. „Tertium Datur” to tytuł utworu i całej, niewydanej płyty, na którą nie udało się zebrać funduszy. Gorzko zabrzmiały te słowa w ustach jednego z najznamienitszych przedstawicieli jazzowego bractwa. „Czy mam przez to rozumieć, że mamy jeszcze coś zagrać?!” wykrzyknął lider-saksofonista-konferansjer w odpowiedzi na standing ovation. Zabrzmiało Elvisowskie „Crying in the Chapel” i, nieodwołalnie ostatni, „Blues Schluss”, a wielka, jesienna pełnia oświetliła stojące na scenie gwiazdy.

altPrzed przerwą, tryskający humorem Kamil Kamyszek wykorzystał jeszcze moment na podziękowania dla sponsorów, bez których festiwal nie mógłby dojść do skutku. I my – festiwalowi słuchacze dziękujemy „Hotelowi Atelier” Ewy i Kamila Kamyszków wraz z całą rodziną, „Agencji Logart” Jana Kalinowskiego i Stowarzyszeniu „Dziś Premiera”.

Następnie nastrojowym, klawiszowym intro wkroczył w naszą muzyczną wyobraźnię Zbigniew Jakubek Quartet z szacownym jubilatem, Markiem Raduli w towarzystwie Roberta Kubiszyna (zamiast nieobecnego Tomka Grabowego) i Artura Lipińskiego. Gitarzysta w czerwonych szpilkach… oops… butach przejął pałeczkę solisty, by zwrócić ją raz jeszcze pianiście, wkraczając w klimaty bliskie Pata Metheny. Sztafeta rozpoczęła się spokojnym utworem „Flowers dla Marka” by przyśpieszyć już w kolejnej, energetycznej „Hannelore” i mojej ulubionej „Lampie Alladyna” i dobiec do mety lirycznym unisono piana z gitarą. Wszystkie kompozycje autorstwa lidera. Oklaski wyrwały Marka z muzycznego transu. Obudzony i wzruszony wywrócił całą pasiekę na stojących na scenie muzyków, podkreślając poziom wykształcenia i nieoszacowaną wartość działalności dydaktycznej, prowadzonej przez lidera ZJQ. Na bis, gęsta od dźwięków „Jungle”. Tu pianista przedstawia raz jeszcze kolejno wszystkich instrumentalistów, kończąc wypowiedź: „…oraz Ja. Kubek Zbigniew.”

„Jeszcze planet nie było, a Laborka była zawsze” oddał się refleksji Ptaszyn zapowiadając deser. A była nim reaktywowana po latach grupa Laboratorium w składzie Janusz Grzywacz, Krzysztof Ścierański, Marek Stryszowski i Grzegorz Grzyb oraz Marek Raduli w zmienionym na tę okazję emploi. „Jesteśmy starsi od Ameryki, gdyby zliczyć nasze lata na ziemi. Wszyscy muzycy są biali, z południa Polski” – zaanonsował Marek Stryszowski w czepku, otrzymanym w prezencie od afrykańskiego czarownika, który obiecał „ubierz go, a rozum wróci”. „No i czekam…”

Zawodzenie muezina rozpoczęło inną aranżację, prezentowanej już wcześniej, z The Colors, „Pustynnej Burzy”. Dla mnie to orgazm bez dotykania. „Ponieważ wywodzimy się z PRL-u” – ciągnął Stryszowski – „każdy z nas ma jakąś funkcję. Tak więc na pianie, kierownik. Pierwszy sekretarz na basie, na perkusji skarbnik, na gitarze gra wicedyrektor Raduli, a ja gram, śpiewam i tańczę w zespole. Zagramy więc teraz i zaśpiewamy dwa połączone utwory, związane z tym, co razem przeżyliśmy. Będzie to suita wokalna – “Ułan Bator by Night” oraz “I’m so glad Deutsche Demokratische Punk is Dead”. Następnie zabrzmiał wielokrotnie nagradzany utwór instrumentalny do filmu “Makijaż” pod tym samym tytułem. Dęte dźwięki przywołały na myśl „Summertime”. Potem znowu dwa połączone, tym razem nowe (muzycy przyjmowali przedpłaty za kulisami) „Starość musi się wyszumieć” i „Latin Groove”. Poprzez grzmoty oklasków z trudem przedarł się dialog Stryszowskiego ze Ścierańskim „Ty! Idziesz już do domu?”, „Nie. Jeszcze tu gram jazz.” Na bis popłynęła „Lekcja Anatomii”. „To najpiękniejsze dni mojego artystycznego życia!” podsumował festiwal Marek Raduli, tonąc w czerwonych różach i ciepłych fluidach, płynących z widowni, ze sceny i z nieba w księżycowej pełni, żegnającej lato. Równo o godzinie duchów skończyła się jazzowa orgia festiwalowa, a co było dalej, nie mam zamiaru nikomu opowiadać.Wydarzenie pozostanie na długo w pamięci nas wszystkich dzięki wspaniałym muzykom, cudownej aurze, duchom przodków i organizatorom, których wysiłek w kreowaniu atmosfery muzycznego święta jest nieoszacowany. W imieniu uczestników 5 Atelier Jazz Festival w Gnieźnie – dziękuje, oświetlona kolejną, październikową już, pełnią księżyca

Grażyna Studzińska-Cavour

zdjęcia: Maria Kamyszek