Wellman Prokop wywiad autoryzowany

Boże Narodzenie Doroty to dom i duża grupa ludzi siedzących przy wspólnym stole. Święta Marcina to mały pensjonat gdzieś w górach. Ona w Wigilię je śledzie, on – duże ilości opłatka. Oboje nie znoszą karpia. O swoich Świętach, dawniej i dziś, opowiadają prowadzący „Dzień Dobry TVN” – Dorota Wellman i Marcin Prokop.

.

Pierwsze skojarzenie: słyszycie „Boże Narodzenie” i od razu przychodzi Wam do głowy…

MP: Przychodzą mi do głowy te osoby, z którym już się przy stole nie spotkam. To jest też refleksja, która tym Świętom powinna zawsze towarzyszyć. Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą…

DW: Myślę o tym samym, co Marcin. Na pewno o tym, że nie ma mojej mamy i to jest najtragiczniejszy dla mnie widok przy świątecznym stole. To jest taka pustka w sercu, której nie da się niczym zakleić… Ale, z innej beczki – myślę sobie też, że nienawidzę karpia (śmiech).

MATERIAŁ I FOTO TVN

MP: To prawda, karp jest ohydny, śmierdzi mułem i ma ości.

DW: To wcale nie jest dawna, polska tradycja z domów ziemiańskich, tylko wymysł biednych czasów PRL-u, kiedy ciężko było o inne ryby, a karp był tani i dostępny. A ja PRL-owi mówię: Nie!

Ale to na czasy PRL-u przypadało wasze dzieciństwo. Jak wspominacie tamte Boże Narodzenia?

MP: Pamiętam Boże Narodzenie, kiedy przestałem wierzyć w św. Mikołaja. Mój ojciec – jak się potem okazało – do tej roli wynajmował zawsze sąsiada, pana Mirka, który miał w Wigilię pukać do drzwi i zostawiać na wycieraczce worek z prezentami. Ja miałem do tych drzwi dobiec, znaleźć worek i się zdziwić: „Ojejku, znowu św. Mikołaj zostawił prezenty”. Tylko, że niestety, pewnego roku, pan Mirek wypił za dużo i kiedy próbował uciekać, to się potknął. Otworzyłem drzwi i zobaczyłem sąsiada leżącego na klatce z jedną nogą w worku z prezentami. Od tej pory już wiedziałem, że Mikołaja nie ma…

DW: Nie ma co, optymistyczny wywiad (śmiech).

MP: No to teraz Ty powiedz coś ciepłego.

DW: Ja najbardziej pamiętam Wigilię w domu mojej babci, która mieszkała pod Warszawą. Był tam stary drewniany dom, stary stół, bardzo dużo ludzi i ciemność za oknem. Była też prawdziwa pierwsza gwiazdka, czyli wyłaziło się do ogrodu i patrzyło, czy na niebie ta pierwsza gwiazdka się ukaże. Gorzej, jak były chmury (śmiech), bo mieliśmy wtedy problem, co zrobić z rozpoczęciem Wigilii. Byliśmy małymi dziećmi, nie mogliśmy się doczekać prezentów, wszystko wydawało się większe, a potrawy robione przez babcię – pyszne.

Które z tamtych Świąt najbardziej utkwiły Wam w pamięci?

MP: Najbardziej utkwiły mi w pamięci Święta roku ’81. To był stan wojenny. Byłem wtedy bardzo mały, ale pamiętam, że było smutno i że dziwny pan w ciemnych okularach mówił coś w telewizji. Nie rozumiałem tego do końca, ale po twarzach rodziców widziałem, że nie jest dobrze. Potem chodziliśmy z ojcem na spacer za rękę i widzieliśmy czołgi na ulicach. Ale nawet wtedy, mimo, że było ciężko i trudno o cokolwiek, nie pamiętam, żeby na stole czegoś brakowało albo żebym nie dostał prezentu. Rodzice starali się jak mogli, żeby zatuszować to, co niedobre wokół nas.

DW: Ciekawe, bo ja pamiętam te same Święta... To był straszny czas w moim domu, bo mama została internowana. Dzień pełen niesamowitych nerwów, co będzie dalej? Nie wiedzieliśmy, czy będą strzelać, czy będzie kara śmierci? W domu wszystko było porozwalane przez panów, którzy byli u nas wcześniej, w nocy wprowadzenia stanu wojennego i wywalali mąkę, mieszając ją z kaszą i trzepiąc wszystkie książki nie wiadomo, po co.

MP: Może sernik robili?

DW: (śmiech) Tak, według przepisu z tych książek. Krótko mówiąc: smutek straszny, ale jednocześnie pamiętam, że wtedy ktoś z bliskich przyniósł nam słodkie bakalie: daktyle, rodzynki, figi. I to jest zadziwiające wspomnienie czegoś słodkiego i czegoś gorzkiego jednocześnie.

Najwspanialszy prezent, jaki kiedykolwiek dostaliście na Gwiazdkę…

MP: Dostałem kiedyś zdalnie sterowany samochód, który był bardzo ładny, tylko wybrakowany. Powinien jeździć za pomocą joysticka przymocowanego na kabelku, ale joysticka nie było. Samochód załatwił dziadek z komisu, w którym pracował. Mój tato, „złota rączka” i elektronik z wykształcenia, zajął się tym autkiem zaraz po Wigilii i siedział przy nim całą noc. Jakimiś chałupniczymi metodami dorobił do niego sterowanie i rano, kiedy się obudziłem auto zaczęło działać. Moje ogromne dziecięce rozczarowanie zamieniło się w wielką radość. Od dziadka dostałem też kiedyś coś, co wydawało mi się dezodorantem. Była to duża puszka o zapachu leśnym. Po tym, jak zdążyłem się nim wypryskać od góry do dołu okazało się, że to odświeżacz powietrza (śmiech).

DW: A ja dostałam kiedyś pod choinkę paczkę, a paczka… się zsiusiała. Okazało się, że w środku był żywy pies, który chyba z emocji postanowił pokazać, że istnieje.

MP: Dobrze, że się bardziej nie zestresował (śmiech).

DW: Był to najmilszy prezent, jaki kiedykolwiek dostałam. Mały, czarny pekińczyk, złośliwy jak Marcin Prokop wobec mnie (śmiech). Wtedy marzyłam o psie. Mieszkaliśmy w bloku i dużego psa nie można było mieć. Ta miniaturka pieska to było największe szczęście dla dziecka. Żadna lalka, żaden misio nie sprawił mi takiej przyjemności.  A prezent, który pamiętam doskonale, i który dostałam całkiem niedawno, podarował mi Marcin.

MP: Naprawdę? A co takiego?

DW: Marcin jest z tych, co słuchają uważnie i wiedzą, że prezent nie może być rzeczą przypadkową. Kupił mi dyskografię Raya Charlesa, wiedząc, że go uwielbiam. To jest właśnie trafiony prezent, od kogoś, kto wie coś o drugiej osobie.

MP: Nie mówiłaś mi, że Ci się podobał…

DW: No to mówię teraz. W tym roku też się musisz jakoś postarać, żebym miała co opowiedzieć, jak mnie ktoś za rok zapyta (śmiech).

A o co chcielibyście prosić Świętego Mikołaja w tym roku?

MP: O pokój na świecie i żeby delfiny były zdrowe (śmiech).

Delfiny?

MP: Na pewno są jakieś chore delfiny, no już nie czepiajmy się szczegółów (śmiech). Wiele delfinów ma kłopoty ze zdrowiem, to jest jasne, prowadzimy program poranny i wiemy takie rzeczy. A z rzeczy materialnych chciałbym skórzaną kurtkę, która byłaby na mnie dobra, nie za duża i nie za mała. Żeby nie było tak jak zawsze, kiedy dostaję jakieś ubrania, a one są jak po młodszym bracie i wtedy jest mi smutno, że jestem mutantem (śmiech).

DW: Co ja bym chciała? Dla siebie nic. Właściwie wszystko mam, już nic mi nie jest potrzebne. Chciałabym natomiast, żeby moi bliscy byli zdrowi. Wszystko inne da się jakoś zdobyć, kupić albo załatwić. A tego się nie da z nikim załatwić, nawet z panem Bogiem.

Jak najczęściej spędzacie święta Bożego Narodzenia?

MP: Od pewnego czasu staram się wyjeżdżać z rodziną. To jest jeden z nielicznych okresów w roku, kiedy możemy się razem zebrać. Poza tym, jako człowiek zabiegany i zapracowany na co dzień, mam w tym czasie kilka dni oddechu od  codziennej bieganiny. Wyjeżdżamy w miejsce neutralne, najczęściej do jakiegoś małego, miłego pensjonatu, gdzie jesteśmy jak najdalej od ludzi i jak najbliżej siebie. Zabieram rodziców, żonę, dziecko oraz rodziców żony. Rok temu byliśmy wszyscy w górach i było sympatycznie. Piliśmy wódkę i jeździliśmy na nartach. Chociaż czasami to my jeździmy do teściów, do Stanów, tak też będzie w tym roku.

DW: A ja wręcz przeciwnie, Boże Narodzenie spędzam zawsze w domu i bardzo to lubię. Dzielimy się Świętami z moją siostrą Ewą. Jedna z nas robi Wigilię, a druga - pierwszy dzień Świąt. Zapraszamy znajomych, którzy nie mają z kim spędzić Wigilii, więc mamy taką Wigilię poszerzoną. Jest nas dużo i lubimy się w takiej grupie. Wszystko robimy sami, niczego nie kupujemy.

MP: Ja też kiedyś byłem na Wigilii u Doroty Wellman i było fajnie. Było dużo śmiesznych wujków, którzy opowiadali żarty, a jeden się upił (śmiech).

DW: Jak Święta to Święta, całą gębą!

Czego w Boże Narodzenie nie może zabraknąć, co jest dla Was najważniejsze?

MP: Nie może zabraknąć prezentów. Nawet jeśli są symboliczne, to nie wyobrażam sobie, żeby pod choinką było pusto. Święta to taki moment, kiedy sprawdzamy, czy nasi bliscy byli wobec nas uważni, czy słuchali tego, co nam w duszy gra. Prezent to nie może być pójście na łatwiznę i kupienie pierwszej rzeczy z półki, która nam się nawinie. Nie musi być drogi, ale musi być odpowiednio dobrany, dla konkretnej osoby.

DW: Nie wyobrażam sobie Świąt bez swoich bliskich i nie wyobrażam sobie, że w tym czasie miałabym gdzieś wyjechać. Poza tym, bardzo ważnym elementem świątecznym są dla mnie stare bombki, które są w naszej rodzinie od pokoleń. W zawierusze wojennej dawno powinny zaginąć, bo są najdelikatniejszą rzeczą w świecie, ale przetrwały. Dopiero, kiedy wiszą na choince, to mam pewność, że nadeszło Boże Narodzenie.

Ulubiona potrawa Wigilijna?

MP: Dorota, powiedz, że karp, to będzie kontrowersyjnie.

DW: (śmiech) Uwielbiam śledzie w różnych postaciach, a najbardziej lubię śledzie marynowane w soku z cytryny. Są delikatniejsze niż śledzie z octu i pachną cytrusami. Robi się je nieco wcześniej i tę śledziową bazę można użyć do innych rzeczy, na przykład do śledzia po kresowemu w ziemniakach i burakach. To jest dziwny czerwony śledź, którego na początku nikt nie chce jeść, ale jak już spróbuje, to zajada się do oporu.

MP: A ja lubię pierogi z grzybami i kapustą. Moja babcia robiła dobre pierogi, ale już nie żyje, więc teraz nie ma komu ich robić. Lubię też tę potrawę z makiem. Jak to się nazywa? Makutra?

DW: Marcin, makutra to jest miska to ucierania!

Może kutia?

MP: O, tak - kutia! W makutrze robi się kutię? (śmiech). Nikt tego nie lubi w mojej rodzinie, więc zjadam wszystko. Poza tym na stole musi być opłatek. Bez niego nie może być Świąt.

No tak, ale to nie jest potrawa…

MP: Ale ja właśnie głównie to jem w Wigilię. Przed Świętami kupujemy kilka „zgrzewek” i oprócz tego, że się nim dzielimy, to ja go zjadam w dużych ilościach. To jest taki smak, który kojarzy mi się z dzieciństwem.

DW: Nie wyobrażam też sobie Świat bez grzybów suszonych w różnej postaci. Najbardziej lubię kapelusze suszonych grzybów, obgotowane, panierowane w bułce i jajku, a potem smażone na oliwie. To jest przepyszne! Zapach suszonych grzybów, który się unosi w powietrzu to jest też zapach Świąt.

Śpiewacie kolędy?

MP: Wolałabyś tego nie słuchać, więc z mojej strony nie doczekasz się wykonu.

Nie chcę, żebyś teraz śpiewał, po prostu pytam, czy  śpiewasz w Święta.

MP: No i właśnie dlatego, że nie tylko Ty nie chcesz, żebym śpiewał, to nie śpiewam.

DW: A my śpiewamy, ale okazało się któregoś razu, że pozapominaliśmy tekstów. W związku z tym trzy lata temu wydrukowaliśmy kolędy na kartkach, włączyliśmy podkład muzyczny i dzięki temu odnowiliśmy tradycję kolędowania z prawdziwego zdarzenia. Jest przy tym strasznie śmiesznie, zwłaszcza jak się już Wigilia rozkręci (śmiech).

Jak Święta, to i życzenia. Czego życzylibyście sobie nawzajem?

MP: Ja bym sobie życzył żeby redaktor Wellman była moją partnerką jeszcze przez wiele lat. Już dziesięć nam „pękło” w tym roku, a ja ciągle czuję, jakbyśmy się dopiero poznali. Ciągle potrafimy się czymś zaskoczyć, co w wieloletnich związkach wcale nie jest takie oczywiste.

DW: A ja bym życzyła Marcinowi drugiego dziecka…

MP: O żesz Ty… to zamów mi w Internecie.

DW: Nie mogę zamówić Ci dziecka z Amazona! Uważam, że Marcin ma wszystkie możliwości, żeby mieć drugie dziecko. Chciałabym, żeby nie popełnił tego błędu, co ja, bo ja mam tylko jedno i uważam, że to za mało. Więc życzę z całego serca, żeby rodzina mu się powiększyła. Sobie życzę, żebyśmy się nie rozstawali, w dalszym ciągu się kolegowali i dalej prowadzili programy. Może nie tylko ten jeden, który prowadzimy teraz, czyli „Dzień Dobry TVN”, tylko żebyśmy zrobili razem jeszcze coś innego. Poza tym, życzę Marcinowi, żeby w dalszym ciągu otaczała go taka sympatia ludzka, jaka go otacza teraz.

MP: A ja jeszcze życzę Dorocie zdrowia. Żeby mi nie przychodziła z wenflonem do pracy o poranku. Kiedyś wynieśli ją ze studia i zawieźli do szpitala. To było przerażające! Nie chciałbym przeżywać więcej takiego stresu, że mi tu koleżankę zabierają na sygnale, muszę prowadzić program sam i nie wiem przez dwie godziny, co się z nią dzieje.

DW: Tak było, zemdlałam…

To ja też życzę Ci dużo zdrowia. A czego Wy życzylibyście widzom iTVN?

MP: Życzę im, żeby - gdziekolwiek aktualnie mieszkają - zawsze mogli z dumą mówić o tym, ze są Polakami. To są jednoczesne życzenia dla naszych polityków, aby nie przynosili nam wstydu. A poza tym - zdrowia, bo całą resztę zawsze można sobie kupić.

DW: A ja życzę im: miłości bliskich, łączności z krajem, nie tylko na Skype, powodzenia w pracy i końskiego zdrowia. A poważnie: wiary, nadziei, miłości i żeby Rodacy oglądali Dzień Dobry TVN, bo czekamy na nich codziennie z utęsknieniem. Wasza Dorota Wellman.

 

Rozmawiała Marta Fujak (iTVN)

Dorota Wellman - dziennikarka, prezenterka i producentka. Pracowała w prasie (m.in. „Viva!”, „Gala”, „Wprost”), w radiu i telewizji (m.in. „Pytanie na śniadanie”, „Podróże z żartem”, „Konsument”, „Clever”, „Ten jeden dzień”, „Miasto kobiet”). Od 2007 roku wraz z Marcinem Prokopem prowadzi poranny program TVN - „Dzień Dobry TVN”. Prywatnie jest żoną  fotografika Krzysztofa Wellman i matką nastoletniego syna.

Marcin Prokop – dziennikarz i prezenter telewizyjny. Po ukończeniu studiów na wydziale finansów, pracował m.in. jako dyrektor marketingu i redaktor naczelny miesięcznika „Machina” oraz gospodarz programów w MTV. Od 2007 roku związany jest z telewizją TVN. Obecnie wraz z Dorotą Wellman prowadzi „Dzień Dobry TVN”, z Szymonem Hołownią „Mam talent!” oraz samodzielnie – „Milion w minutę”. Jest żonaty, ma 5-letnią córkę.

 

Do oglądania programu „Dzień Dobry TVN” na antenie iTVN zapraszamy codziennie o godzinie 8.30 (CET-Berlin, Paryż).